RSS
poniedziałek, 08 marca 2010
Ship of Hope

   W czerwcu 2006, czyli jeszcze w poprzednim sezonie byłem na pierwszym od lat wyjeździe zagranicznym. Oczywiście nie licząc cyklicznych wyjazdów do Gorlitz. Wyjazd odbył się w ramach projektu Magic-Net. Czyli kilka europejskich teatrów robi wspólnie kilka rzeczy. Nam trafił się wyjazd do Tallina, czyli stolicy Estonii. Atrakcja była to dla mnie niebywała, bo pierwszy raz w życiu miałem lecieć samolotem. I poleciałem. Bardzo fajnie się lata. Nic strasznego. Frajda wielka. A byliśmy tam jakieś pięć dni. Pokazaliśmy taki krótki program, rodzaj impresji  czy składanki na temat polskich obyczajów. Było nas w sumie pięć osób. Mała grupa, ostro podzielona na dwójkę aktorów i dyrekcję plus kierownik literacki grający na skrzypcach. Kierownik trzymał stronę dyrekcji. Tallin okazał się bardzo miłym miastem. Dobry hotel, mili ludzie i pobyt ok.. Wróciliśmy zadowoleni. Pokazaliśmy się z dobrej strony. Ale projekt Maegic-Net nie miał się dla mnie skończyć w ten sposób. Był jeszcze ciąg dalszy. Ale to dopiero miało nastąpić rok później.

 

   Sezon 2006-2007 był dla mnie jednym z najtrudniejszych jaki dane mi było przeżyć w teatrze. Ze względów zawodowych, ale chyba najbardziej osobistych, miał to być mój ostatni sezon Teatrze Norwida. Dziesięć lat. Długo. Kawał czasu. Może już dosyć? Może wystarczy? Nie miałem specjalnie pomysłu co dalej, ale wiedziałem, że zostać już nie mogę. Zagrałem dużo ról. Z większości nie byłem jednak zadowolony. Tak to bywa. Wykształciła się w teatrze pewna niezdrowa dla mnie sytuacja. Grałem duże i ciekawe role na scenie studyjnej, ale nijak nie mogłem dostać nic ciekawego na scenie dużej. Dziwne to było trochę. Po jakimś czasie dowiedziałem się, sam nie wiem dokładnie kiedy to było, że dyrektor Nauka, mówi każdemu reżyserowi, że mam słaby głos i na dużą scenę się nie nadaję. Miło prawda? No i na dużej scenie tylko epizody i role drugoplanowe.

   Zacząłem szukać nowego miejsca. Rozesłałem CV i zdjęcia oraz nagranie Wódki z Rumem do 33 teatrów. Niestety większość dyrektorów nawet nie chciała ze mną gadać. Kilku zgodziło się na rozmowę przez telefon, kilku nawet mnie przyjęło w gabinecie. I właściwie to wszystko. Można zakończyć na tym wątek szukania nowego teatru. Nowego miejsca pracy. Nikt mnie nie chciał. Zupełnie nic. Po piętnastu latach pracy w zawodzie, ani moja twarz, ani moje nazwisko nic, nikomu nie mówiło. Koszmar. Dopóki siedzi się we własnym grajdole, człowiek nawet nie dostrzega, że go nie ma. Jest jak powietrze. Cała marność sytuacji wychodzi właśnie w momencie, kiedy chce się coś zmienić. A tu mur. Kompletna blokada. Bolesna to sprawa. To te 15 sezonów całkiem na straty? No... wychodzi na to, że tak. Kłania się praca w teatrze, który nie jeździ na festiwale, nie zdobywa nagród, o którym się nie pisze na łamach prasy, a w szczególności branżowej. Nie pracowało się z dobrymi reżyserami o markowych nazwiskach, to i w rozmowie o pracę, ciężko się czymś pochwalić. No i Hamleta czy Gustawa-Konrada wpisać w CV nie można. Przykro trochę.

Jeszcze w 2006 roku, w grudniu zagrałem w Trans-Atlantyku. Reżyserował Bartek Wyszomirski. Grałem Cieciszowskiego i Horacja.  Drobiazgi takie, ale przyjemnie się to grało. Już czułem, że to  moje ostatnie  podskoki w Norwidzie. Sztuka była bardzo udana. Jacek Grongowy jakoWitold był bardzo dobry. To chyba jego jedna z najlepszych ról. Lubiłem to grać. Był w tym jakiś prześmieszny klimat. Niby zabawa taka, ale coś w tym było. Zaczął się rok 2007 i pojawiła się możliwość zagrania jeszcze jednej sztuki. Don Kichot. Miał to robić taki facet, co nawet nie potrafił obsady porządnie wybrać. Ktoś odmówił i ja miałem dostać kolejny epizod na dużej scenie. Przeczytałem egzemplarz, nie podobało mi się. Źle zrobiona adaptacja. Historyjka płaska i banalna. A moja rola nieciekawa. Odmówiłem. Grzecznie, ale stanowczo. Chyba pierwszy raz w życiu odmówiłem roli. Ale musiał być w końcu, kiedyś ten pierwszy raz. Do Don Kichota miałem jeszcze wrócić, ale w zupełnie innych okolicznościach. Kiedyś o tym napiszę. Wybrałem się oczywiście na spektakl, właściwie na generalną. I dziękowałem wszystkim bogom, że mięli mnie w opiece i że w tym totalnym gównie nie zagrałem. Czegoś tak złego już dawno nie widziałem. Męka oglądać, a co dopiero grać w czymś takim. Publiczność raczej zgadzała się ze mną i nie został ten spektakl przebojem. Na całe szczęście. Nie życzę nikomu źle, ale czasem wato czegoś jednak nie robić. Widziałem kilka lat później jeszcze jedną sztukę tego speca i znowu torba. No i sobie facet jeździ po Polsce i robi te swoje zakalce i go zatrudniają i jest zadowolony z siebie. Czyli jednak można być niezdolnym artystą. A ja się przejmuję, jak mi jakaś rola nie pójdzie najlepiej. To ja jakiś głupi chyba jestem. Zostawmy już tego Kichota. Nie ma o czym właściwie mówić.

   O wiele ciekawiej wyglądała sytuacja z Magic-Netam. Projekt nabrał rumieńców i dostałem pewną propozycję. Rok wcześniej byłem w Tallinie, a teraz miałem jechać do Niemiec. Ale sprawa była bardziej skomplikowana. W poprzednim sezonie był wyjazd na miesiąc do Norwegii. Kilkunastu aktorów robiło tam Amerykę Kafki. Przez chwilę wahała się dyrekcja, czy posłać mnie, czy Kubę Giela. Ale sam zrezygnowałem. Wydawało mi się, że Kuba będzie miał z tego wyjazdu większą frajdę. Wycofałem się. Ale po roku okazało się, że Kuba pracuje już w Teatrze Polskim we Wrocławiu i że teatr wysyła mnie na dalszą część projektu. Czasem nie można od czegoś uciec. Wracają pewne sprawy jak bumerang. Wyjazd był długi. Półtora miesiąca. Najpierw Shwerin, czyli miasto na północy Niemiec. Próby do nowej wersji Ameryki. Nazywało się to „Ship of Hope”. Miesiąc w Shwerinie to były właściwie wakacje. Cały maj 2007 roku mieszkałem w dużym mieszkaniu na poddaszu. Moimi współlokatorami byli dwaj Norwegowie: Swein i Hokon. Bardzo fajni aktorzy, ale straszne pijaki. Ja jako całkowity abstynent odrobinę męczyłem się z nimi. Dobrze, że nie palili. Grupa była międzynarodowa i  lekko zwariowana. Reżyserował Peter Dehler. Niemiec, dość zakręcony. Premierę zagraliśmy na statku wycieczkowym pływającym po wielkim jeziorze. Po trzech spektaklach spakowaliśmy się i ruszyliśmy do Frankfurtu nad Odrą. Tam zagraliśmy na stateczku pływającym po Odrze. Potem była Jelenia Góra, a na końcu Bratysława. Półtora miesiąca poza domem. Było ciężko, ale fajnie. Nowe doświadczenie, nowi ludzie. Przygoda raczej wakacyjna niż artystyczna. Bo spektakl wyszedł śmieszny, ale troszkę banalny. Taka komiksowa krytyka Ameryki. Kompletnie mnie to jednak nie obeszło. To było moje pożegnanie z teatrem i ze sceną. Nie miałem pracy, nie miałem pomysłu nawet na to, co mógłbym robić. Odchodziłem z Norwida raczej pogodzony, że to już koniec. Z nikim się nie pokłóciłem, nie popaliłem mostów. Po prostu odszedłem. W czasie wakacji, kiedy już się właściwie pakowałem, dostałem propozycję pracy w Saturnie. W nowym sklepie we Wrocławiu. Po raz pierwszy w życiu miałem pracować w innym miejscu niż Teatr. Bałem się trochę. Jak to będzie?

   W tym ostatnim sezonie miałem jeszcze jedną ważną sprawę. Prowadziłem w Jeleniogórskim Centrum Kultury grupę teatralną. I była to chyba najlepsza rzecz jaka mnie w tym sezonie spotkała. Przez te parę miesięcy popracowałem z bardzo fajnym zespołem młodych ludzi. Dali mi wiele radości i nauczyłem się też sporo przy nich. Nie udało nam się zrobić wszystkiego, a wzięliśmy się za Dziady cz.II, przez mój wyjazd do Shwerinu. Zabrakło nam miesiąca, by dopieścić spektakl i pokazać wszystko jak trzeba. Widzowie zobaczyli pewien etap pracy. Trudno, tak bywa. Była to jednak świetna przygoda i spora lekcja. Jestem z tego bardzo zadowolony. Przekonałem się, że praca z młodymi ludźmi daje mi bardzo wiele satysfakcji. I najnormalniej to lubię.

   W maju 2007, niedługo przed wyjazdem do Niemiec, zagrałem ostatnie spektakle Wódki z Rumem. Na jednym z nich była Krzesisława Dubielówna i Andzrzej Hrydzewicz. Ludzie, którzy nauczyli mnie tego zawodu i którym bardzo wiele zawdzięczam. Obejrzeli spektakl i bardzo im się podobał. Pochwalili mnie. Jakie to było dla mnie ważne. Czułem się dobrze. Wiedziałem, że jakiś etap w moim życiu się kończy i właśnie jakiś zaczyna. Ale jaki? Co to będzie? Szybko przekonałem się, jak to jest po zejściu na ląd ze statku o nazwie Teatr.

14:32, cinekk1
Link Komentarze (1) »
środa, 15 kwietnia 2009
Z Nosem w Wódce

     Lato 2005 było dla mnie ciekawe i smutne zarazem. Po dość intensywnych próbach do Czerwonych Nosów byłem zmęczony, ale i mocno przygnębiony. Jakoś straciłem dawny zapał i energię w pracy na scenie. Było mi smutno i dochodziłem powoli do wniosku, że nie ma zupełnie znaczenia, czy zagram lepiej czy gorzej, moja pozycja w teatrze nie zmieni się już zupełnie. Nic nie wyniknie z dobrze zagranej kolejnej roli. Okazało się, że po raz pierwszy tak mocno odczułem własną słabość i brak satysfakcji z wykonywanego zawodu. Szukałem jakiegoś wyjścia, ale niewiele mogłem zrobić. Doszły jeszcze problemy rodzinne i klapa zrobiła się na całej linii. Wpadłem na dość dziwny pomysł, że trzeba odnaleźć w sobie dawną radość z robienia teatru. Radość z bycia na scenie. Tylko gdzie tego szukać? Wokół mnie sami abnegaci i cynicy lub ludzie w totalnej artystycznej zapaści. Znalazłem więc warsztaty kabaretowo-teatralne w Poznaniu. Wybrałem się na nie i okazało się, że jestem jedynym zawodowcem i jeszcze do tego najstarszym uczestnikiem. Wyglądałem raczej na prowadzącego niż na uczestnika. Pomyślałem trudno. Zostaję. I przez dziesięć dni bawiłem się w teatr i kabaret z licealistami i studentami. Niestety wartość merytoryczna zajęć oraz ich organizacja, znacznie odbiegały od wyobrażeń i oczekiwań uczestników. Było kiepsko i tyle. Choć może to tylko moje zdanie. Wróciłem z warsztatów raczej przygnębiony niż naładowany twórczą energią. Jedyną ciekawą rzeczą, jaka mi się przydarzyła, to spotkanie z Januszem Andrzejewskim, który grał w Czerwonych Nosach w Poznaniu. Ale oni grali tę sztukę przez dziesięć lat i premiera była pod koniec lat osiemdziesiątych. To był zupełnie inny czas, inna epoka. Nie tylko w teatrze, ale i na świecie. Andrzejewski bardzo się zdziwił, że Bogajewska robi Nosy właśnie teraz. W 2005 roku. Nie widział w tym sensu. Twierdził, że to sztuka nie na ten czas. I chyba miał rację. Twierdził, że jeżeli swoją grą nie chcemy zmieniać świata, to właściwie nie ma po co wchodzić na scenę. Miał niestety rację. Po wakacjach wróciliśmy do pracy. Scena, która nie za bardzo wychodziła przed urlopem została prawie całkowicie zmieniona. Graliśmy ją szczątkowo, trochę tyłem do widowni, bo to był taki teatr w teatrze. No i może dobrze. Chociaż czułem pewien niedosyt, bo uważałem, że Małgośka sobie z tym nie poradziła. A cała sztuka wyszła jej dosyć sprawnie, choć ciężaru znaczeniowego to w niej nie było. Dobrych kilka obrazków, ale nikt z widzów za nami by nie poszedł. Jednak sztuka nie na ten czas. Szkoda. Było kilka dobrych ról, sam się też wybroniłem. Mam nadzieję. Zagraliśmy tego z piętnaście razy i to by było na tyle. Czerwone Nosy przeszły do historii. Z dużej chmury mały deszcz. Zapowiadało się wydarzenie, które miało wstrząsnąć miastem, a tu taka sztuka zwyczajna się zrobiła. I wyszło na moje. Nie ma znaczenia jak się gra, bo i tak z tego nic nie wynika. Nic. Ale już w czasie pracy nad Nosami Bogajewska dała do przeczytania facetom w teatrze sztukę Wódka z Rumem. Owszem spodobał mi się ten tekst, ale ciut był za wulgarny. Jakaś prawda z tego biła, ale zbyt anglosaskie to było. Zbyt dosłowne. Nie ukrywam, że miałem ochotę zrobić ten monodram, bo sztuczka solowa była. Zaraz wysłałem to Krzyśkowi Prusowi i za parę dni już chcieliśmy to robić. Bogajewska troszkę kręciła nosem, ale zgodziła się w końcu. Po premierze Nosów  ruszyliśmy z robotą i daliśmy premierę w grudniu 2005. Bardzo dobrze wspominam tę robotę. Było ciężko ale spokojnie i w dobrej atmosferze. Tekst troszkę został przycięty i wywaliliśmy kilka wulgaryzmów. Całość miała 72 minuty, co na monodram jest długim czasem. Były obawy, czy nie spadnie napięcie, ale myślę, że udało mi się dobrą energię spektaklu dotrzymać do końca. Przed premierą Bogajewska kłóciła się cały czas ze scenografem, ale do mnie większych uwag nie miała.  Popisałem się aktorskimi umiejętnościami i byłem z tego bardzo zadowolony. Recenzji ze spektaklu oczywiście nie było, jak to w Jeleniej Górze. Jeden wrocławski pismak powiedział, że mu się nie podobało, bo zasłoniłem się techniką i dla niego to nie jest monodram. Bo w monodramie artysta mówi od siebie. Cokolwiek to znaczy. Pan recenzent na bankiecie wypił dwa wina i temat picia, poruszony w sztuce, zapewne sprawił mu przykrość, bo nie od dziś wiadomo, że pan recenzent zmaga się z zaawansowaną chorobą alkoholową. Skutkiem tego Wódka z Rumem w moim wykonaniu nie zakwalifikowała się na WROSTIA, bo pan z chorobą alkoholową zasiadał w komisji kwalifikacyjnej. I tak się właściwie skończyła historia mojego trzeciego w życiu monodramu. Zagrałem jakieś dwadzieścia razy, ale przez dwa sezony. Dobrze mi się to grało. Bardzo lubiłem tę sztukę. Uważam, że było to coś najdojrzalszego i najbardziej świadomego w moim całym teatralnym życiu. Jednocześnie uważam, że materiał był trudny i wymagający i że zagrałem go dobrze. Niczego takiego nie zrobiłem wcześniej, ani później. Niestety nic z tego nie wynikło. Jak zwykle. Mam jedynie prywatną satysfakcję, że pożegnałem się z Teatrem Jeleniogórskim i z zawodem, całkiem dobrą rolą. Co prawda byłem tam jeszcze półtora sezonu, ale statystując właściwie. Czułem, że mój czas się już kończy, że nic ciekawego w Jeleniej Górze mnie nie spotka. Jakaś mnie dopadła tęsknota, zamyślenie jakieś. Dziwnie mi wtedy było. I jeszcze na wiosnę zagrałem w jednej sztuce. Benwolio w Romeo i Julii. Nawet zabawne to było. Większość scen miałem z Jackiem Grondowym, więc czułem się jak ryba w wodzie. Kompletnie nie umiałem nawiązać porozumienia z Krzysztofem Rekowskim, który reżyserował sztukę. Byliśmy z innej gliny. I już. Rola właściwie przeciętna, trochę zabawna, trochę nie. Fryzurę miałem jedynie ciekawą. Sztuczne dredy, które fryzjerka przez pół godziny przed każdym spektaklem musiała nawijać na moją głowę. No i sceny walk, a raczej bójek, które robił z nami przez miesiąc profesjonalny kaskader Maciek Maciejewski, zostaną w mojej pamięci na zawsze. Absolutnie profesjonalna robota. Aż było miło na próby przychodzić. A samo przedstawienie raczej takie letnie. Nowoczesne i w tej nowoczesności jakoś mało przekonywujące. Tak mi się teraz wydaje. Nie było to coś nie do oglądania, no nie. Ale jakoś nie za bardzo mnie tan spektakl porywał. Byliśmy z tym latem 2006 roku w Gdańsku na Festiwalu Szekspirowskim i przyjęcie było dosyć chłodne. Jedynie para młodych bohaterów podobała się podobno bardzo. A Julia czyli Justyna dostała jakoś niedługo potem angaż do Teatru Wybrzeże. Dla niej coś z tego grania wynikło. Tak wprost. A dla mnie? Zgadnijcie. Sezon Był ciężki, ale zaliczam go do udanych. I to był tak właściwie mój ostatni w Jelonce. Następny to już było statystowanie i szukanie nowego miejsca do życia i pracy. No właśnie.

15:01, cinekk1
Link Komentarze (1) »
wtorek, 29 lipca 2008
Szaleństwo

Zanim zacznę powieść o następnym sezonie, muszę na chwilkę wrócić do poprzedniego. Rzeczywiście zdominował cały sezon Testosteron, ale zagrałem też w innej sztuce, której premiera odbyła się w Dzień Teatru na wiosnę 2004 roku. Było to Tango. Reżyserował kolega z garderoby, czyli Piotr Konieczyński. Próby zaczęły się zaraz po premierze Testosteronu, na jesieni 2003. Szło to jakoś wszystko z doskoku, ale powolutku kształt spektaklu się wyłaniał. Piotrek nie miał jakiegoś specjalnego pomysłu inscenizacyjnego, raczej klasycznie i poprawnie komponował sceny. Bez specjalnych udziwnień. Grałem Wuja Eugeniusza. Zwykle grywają tę postać dość zaawansowani wiekiem panowie, nestorzy teatru, ale tym razem Piotr się uparł na mnie, twierdząc, że Eugeniusz musi być facetem pełnym energii i determinacji, a nie starym pierdołą. Nikt by nie uwierzył, że można się bać takiego jowialnego staruszka. Eugeniusz miał być żywy, zwariowany i przez to zabawny. Zapuściłem brodę i włosy miałem w chiński warkocz. Wujek jak się patrzy. Dziwak, ale sympatyczny. Niebawem spektakl był prawie gotowy. Premiery jeszcze nie było a my graliśmy ten spektakl na pokazie dla jakiegoś banku, potem była trasa dla agencji i dopiero na Dzień Teatru daliśmy premierę. Niestety nie obyło się bez pewnego małego zgrzytu. Po pokazie dla banku, jakiś pewnie miesiąc przed oficjalnym oddaniem spektaklu do użytku, pojawiła się bardzo nieprzychylna recenzja, napisana przez miejscowego pismaka, który powinien pisań raczej o wodociągach i dziurach w jezdni, niż o teatrze. Recenzja zjadliwa, pisana w ewidentnym celu dokopania i dotykająca każdego z aktorów osobiście. Paskudna sprawa. Byliśmy wściekli i dociekaliśmy, jak to się stało, że tan pan przyszedł na zamknięty pokaz całkiem jeszcze nie gotowego spektaklu i kto go do tego namówił, by napisał taką zjadliwą recenzję? Dość szybko dało się to ustalić, ale nie napiszę niczego o tej pani, bo już nie żyje i nie może się bronić. Na bankiecie w Dzień Teatru pan recenzent przyszedł pojeść i popić za darmochę, ale nadział się na jednego z kolegów z obsady Tanga i dowiedział się, że ma spadać, bo jak zostanie dłużej, to go wyniosą. I spadał w podskokach. A potem poleciał na skargę do dyrektora Nauki, że go aktorzy chcieli pobić. Facet z klasą, nie ma co. Miło, że tacy wspaniali ludzie zajmują się kulturą w Szlachetnym Jelenim Grodzie. Zagraliśmy tego Tanga ze trzydzieści razy, a Bogajewska jak nastała, to nie pozwoliła go już grać, bo było zbyt szkolne i niedobra scenografia Lewana Mantidze. I już. Tyle o Tangu. Nastał nowy sezon. Małgosia Bogajewska zaprosiła do pracy Andrzeja Majczaka. Miał on robić z nami „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” Petera Zalenki. Modny to był reżyser, autor sztuk i scenariuszy i bardzo mi się ta jego sztuka podobała. Świetna, dowcipna i smutna zarazem historia. Niestety dostałem do grania maleńką rólką, takiego faceta z widowni, który ma dwa zdania w całej sztuce. Na otarcie łez zostałem asystentem Majczaka. Po kilku pierwszych czytanych już wiedziałem, że wesoło nie będzie. Majczak był nad wyraz upierdliwy. Miał jakąś nawet wizję tego, co robi, ale gubił się w szczegółach i nie potrafił myśleć całością. No i doszła mała awanturka z obsadą. Majczak zmienił główną rolę po miesiącu pracy. Była zadyma, ale tak zostało. Jacek Grondowy zagrał Piotra, a Andrzej Kępiński coś mniejszego. Na początku miało być odwrotnie, ale w teatrze wszystko może się zmienić. Scenografia była duża, ale jakaś taka mało wdzięczna, kostium współczesny mocno, nawet za mocno. Była w taj sztuce świetna rola do zagrania, Mucha, przyjaciel głównego bohatera. Bardzo żałowałem, że tego nie dostałem. Zagrał to Waldi Dyła. Po dyłowemu oczywiście, czyli gruba krecha, mało precyzji, szycie tekstu i szarżowanie pod publiczkę. O Matko Boska, jak ja cierpiałem. Szkoda, szkoda, że mi Bogajewska tego nie dała. Ale cóż, tak to w tym teatrze już jest. Ja zawsze byłem od małych pizdryków, z których trzeba było wyciskać jakieś role. Próby szły dość opornie i na jakieś dwa tygodnie przed premierą zakorkowało się zupełnie. Majczak się pogubił. Nie wiedział, co zrobić, w którą stronę? Na etapie prób czytanych jeszcze, powywalał wszystkie żarty i dowcipy z tekstu. Teraz się okazało, że spektakl zrobił się bez nich upiornie ciężki. Nie dało się tego oglądać. Kompletny brak lekkości. I w tym momencie pojawiła się Małgosia Bogajewska ze swą dyrektorską interwencją. O tak. Majczakowi było przykro, ale nic nie mógł zrobić. A zespół potrzebował wtedy właśnie takiej interwencji. Reżyseria, to nie wieczne czepianie się aktorów, że czegoś tam nie zapamiętali. To nie powtarzanie bez przerwy „nie na to się umawialiśmy”. A Majczak powtarzał to zdanie jak mantrę. To było nie do wytrzymania. Nikt go nie lubił i w finale okazało się, że to zespół miał rację. Bogajewska przywróciła zabawne teksty, zmieniła trochę sytuacji, wyczyściła spektakl, podkręciła tempo i dopiero jakoś dało się to oglądać. Premiera poszła nawet nieźle, publiczność bawiła się, zagraliśmy tych Opowieści nawet trochę, zwłaszcza, że tylko wieczorami, co w Jeleniej Górze oznaczało zwykle jakieś pięć wieczorów. Tym razem było trochę więcej. Na bankiecie Majczak przyznał, że zespół mamy dosyć trudny, a on już nie będzie robił więcej spektakli na prowincji, bo szkoda na to jego geniuszu. Teraz interesują go duże ośrodki. No i co można o takim facecie napisać? No właśnie. W sezonie 2004-2005 była jeszcze jedna sztuka, w której miałem przyjemność zagrać. Słowo przyjemność pojawia się w tym miejscu celowo i powinno być czytane specyficznie. „ Paparazzi” się ta przyjemność nazywała. Reżyserował Tomasz Gawron- przyjemność jeszcze większa. Tekst Wisnieca był chyba lekko niedopracowany, zupełnie jakaś nieudana sztuczka. Pomysł na opowieść niezła, ale napisane to było strasznie. Gawron okazał się zupełnie nieudolny i to jago obnoszenie się z tym lubieniem chłopaków, to było obrzydliwe. To podrywanie technicznych, te pomysły na moją fryzurę, ten scenograf, ten jego asystent. I te idiotyczne pomysły, które trzeba było robić na scenie. Szkoda słów. Bogajewska też interweniowała, bo nijak tego w takim stanie puścić nie mogła. Byłem wściekły na całą tę sytuację. Narobiliśmy się strasznie, a tu takie gówno wyszło. Totalne oszustwo. Jakieś rynny, jakiś dach, ja w idiotycznej czapce, fotograf bez aparatu, bo nie dowieźli, totalna paranoja. Na próbach awantury i finał do przewidzenia. Totalna klapa i dupa blada. Zero szans. Zagraliśmy jakieś sześć, może siedem razy i zdjęto sztukę. Na szczęście, bo wstyd było to grać. I więcej nie ma o czym wspominać. Sezon dobiegał końca, ale intensywnie, bo zaczęliśmy próby do „Czerwonych Nosów” ukochanej sztuki Pani Dyrektor. Duża sprawa się szykowała. Zależało dyrekcji, miała się pokazać, zespół chciał zagrać w dobrej sztuce i generalnie można było podratować opinię Teatru Jeleniogórskiego. Oczywiście pod warunkiem, że sztuka się uda. Do wakacji próby szły nawet sprawnie. Z jedną sceną był mały problem. Ale o tym następnym razem.

18:08, cinekk1
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 maja 2008
We krwi Testosteron.
    

           Testosteron. Tak ten spektakl zdominował cały sezon. Zaczęła się cała przygoda jeszcze w maju 2003 roku, ale kończyliśmy we wrześniu na rozpoczęcie nowego sezonu. Bo właśnie przygody były, bo zawsze coś się dziać musi. W jeleniej Górze każdy nowy spektakl, próby do niego, idą jakby to był pierwszy spektakl robiony na świecie. Nie istnieje żadna teatralna maszyna, system, czy sposób. Zawsze wszyscy się dziwią i zaczynają od początku. Przyznam, że strasznie to męczące. Tak zaczynać od zera za każdym razem... Ale taki to teatr. A przygody były z obsadą. Jeden z kolegów miał problem z alkoholem i musiał wyjechać podleczyć nadwątlone zdrowie fizyczne i psychiczne. Nie wrócił na próby w terminie i znaleziono zastępcę. Waldi Dyła podjął się zrobienia roli. Było mało czasu, jakiś miesiąc. Niby nie mało, ale jednak mało. Okazało się, że kolega ma problemy z tekstem. Nijak nie może zapamiętać najłatwiejszych kwestii i cała uwaga aktorów i reżysera nastawiona była właśnie na jego wielce absorbującą osobę. I tak to się właśnie toczyło do premiery. Troszkę mnie to złościło, że wszystko było robione pod kolegę. Żeby mu się wygodnie grało, żeby powiedział ładnie cały tekst, żeby był śmieszny. Niestety, pani reżyser Małgorzata Bogajewska przystała na taki sposób pracy, dała się w to wciągnąć i przekreśliła wszystko, co mówiła o pracy z aktorem do momentu pojawienia się Dyły. Jakoś uszło z niej powietrze i nie walczyła o czystość i szlachetność sytuacji i grania, tylko machnęła ręką i chciała pewnie by dojechało to przedsięwzięcie do końca. Tak to wtedy odbierałem. Skutek mógł być jeden. Grała orkiestra smyczkowa a solista wymiatał na gitarze elektrycznej. I już. Było po zawodach. Dyła był najzabawniejszy, szalał po scenie i miał w nosie kolegów i jakiekolwiek zasady ustalone wcześniej z reżyserem. Niestety, to podobało się publiczności. Okazało się, że spektakl na granicy kabaretu, niezbyt wyszukany aktorsko, o miałkiej wartości literackiej czy intelektualnej, jest właśnie tym, czego publiczność w mieście pragnie najbardziej. I to dostała. Szał zrobił się w ciągu kilku miesięcy straszny na tę sztukę. Przychodziły wszystkie fryzjerki i taksówkarze, dowcipy i kwestie ze spektaklu powtarzano sobie w warsztatach samochodowych. No i świetnie. Tylko jakoś miałem wrażenie, że to nie o to chodzi. Czułem pewien niesmak, że daję sztukę niezbyt wyszukaną o formie dość dyskusyjnej. Ale graliśmy tego straszne ilości. Okazał się Testosteron sukcesem niespotykanym w dziejach jeleniogórskiej sceny. Szał i jeszcze raz szał. Było to zjawisko raczej socjologiczne. Ludzie zaczęli chodzić do teatru i chodziło ich coraz więcej. Bez przymusu, bez męki, z wielką frajdą. Tylko nie na Szekspira czy Słowackiego, ale na Saromonowicza i jego komedyjkę o mężczyznach, piciu wódki i w dodatku z siarczystymi przekleństwami. Było w tym coś przygnębiającego, coś smutnego. Ale pojawiło się też coś, czego nie spodziewałem się po Jeleniej Górze. Wszyscy grający w Testosteronie stali się osobami rozpoznawalnymi, prawie publicznymi. Nigdy wcześniej ludzie nie zaczepiali mnie na ulicy, w markecie na zakupach czy w restauracji i nie okazywali sympatii w sposób spontaniczny. Testosteron to właśnie sprawił. Po kilku miesiącach grania sztuki, moje uczucia były cokolwiek ambiwalentne. Ilość spektakli, uznanie publiczności, i pojawiająca się przyjemność w graniu, powodowały, że zaczynałem inaczej myśleć o tym tytule. Nawet machnąłem ręką na pajacowanie Dyły i szukałem własnych sposobów na rozbawienie publiczności. Czasem nawet się udawało. I pod koniec sezonu stało się coś dziwnego. Zaczęto szukać kierownika artystycznego na scenę dramatyczną. Jednym z kandydatów była Małgorzata Bogajewska. Po jakimś czasie okazało się, że dostała tę propozycję oficjalnie i została szefem Norwida. Osoba młoda, ambitna, z bardzo niewielkim doświadczeniem teatralnym, ale uparta i z pomysłami. Czy to mogło się sprawdzić? O tym następnym razem.

18:44, cinekk1
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 kwietnia 2008
Jak pijany Reżyser.
   

       Sezon rozpoczął się egzaminem w Krakowie. Niestety wynik dało się łatwo przewidzieć. Przygotowany byłem nawet przyzwoicie. Egzemplarz oczywiście komisja dopuściła do egzaminu i mogłem spokojnie zdawać. W owym 2002 roku nastąpiły pewne zmiany na Wydziale Reżyserii Dramatu. Powstała specjalizacja Dramaturg. Nie było wcześniej czegoś takiego. A miał to być kierunek przygotowujący absolwenta do pracy reżyserskiej i do samodzielnego pisania na scenę, oraz do jeszcze kilku innych rzeczy, jak bycie Kierownikiem Literackim w teatrze i do czegoś jeszcze... Ale nie pamiętam już do czego. Miał powstać twór, który będzie kolejnym darmozjadem w teatrze, osoba, bez której teatr obejdzie się spokojnie, a z nią na pokładzie mogą być jakieś jaja. To był pomysł pana dziekana Grabowskiego, który chciał takiej postaci w teatrze na wzór niemiecki. No i bomba. Ale ja zdawałem na specjalizację reżyserską i dramaturgiem to jakoś być nie chciałem. Przygotowałem adaptację opowiadania Jerzego Andrzejewskiego pt. „Kłamstwa”. Adaptacja zrobiona była dobrze, inscenizacja rozpisana logicznie i sprawnie, postaci nakreślone wyraziście. Dużo się działo i to raczej z sensem. No i tekst zaakceptowano. Ale na egzaminie stara śpiewka. A właściwie nowa, bo chwalono tekst, czepiano się mojego podejścia do teatru w ogóle, mojej postawy wobec zagadnień teatralnych rozumianych bardzo szeroko. O dziwo traktowano mnie mniej szorstko niż rok wcześniej. Troszkę się tego obawiałem. Rozmowa trwała jakieś dwadzieścia minut i powiedziano, że aby powiedzieć więcej o tym, co napisałem, trzeba zobaczyć to w robocie, czyli w próbach na scenie. O ja naiwny. Nawet przez sekundę myślałem, że może jakiś cień szansy pojawia się oto na horyzoncie... O nie tak łatwo. Przez następne trzy dni trwały egzaminy dramaturgów i wyniki miały być znane dopiero po tym, jak komisja upora się ze wszystkimi kandydatami na Szekspirów. No to zadzwoniłem do Krakowa w wyznaczonym terminie i dowiedziałem się, że niestety nie zobaczymy się na dalszym etapie, bo na liście mnie nie ma. I już. Sen o reżyserii się skończył. Zabolało. Ale już nie tak, jak za pierwszym razem. Tylko jakiś smutek mnie ogarnął... Wielki...I to już koniec? Co teraz? Co robić? Pustka. Ta myśl, która była ze mną przez ostatnie dwa lata nagle wyparowała. Dziwne to było. Zupełna emocjonalna pustynia. Tak się porobiło jakoś dziwnie. Przez następne kilka miesięcy byłem mocno przygaszony. Uciekł dawny entuzjazm, chęci mnie opuściły, satysfakcja z grania szczątkowa jakaś. Kiepsko było. I w wir roboty też nie było się jak puścić, bo przez kilka miesięcy było tylko granie, nie miałem zupełnie żadnych prób. Następna premiera była dopiero w kwietniu 2003 roku, czyli kawał sezonu nudy i bicia się z własnymi myślami. A...mało zdolny jestem....A ...do dupy całkiem... A...nie chcą mnie ... Straszne to było. I zaczęliśmy wreszcie próby do Snu Pluskwy. Podtytuł Słobodzianek, czyli autor dał:„ czyli towarzysz Chrystus” i tego było jak na Jelenią Górę za wiele. Jakieś środowiska, mocno wierzące, kazały zdjąć baner z tytułem, który wisiał na teatrze i walił po oczach. Po premierze było spotkanie z miejscowymi katolickimi działaczami i autorem. Tłumaczył, przekonywał, apelował... I nic. Każdy pozostał przy swoim zdaniu. Dyrekcja kazała obciąć napis i zostało tylko „ Sen Pluskwy”. Sprawa przycichła i pograliśmy to parę razy jeszcze, ale nic z tego nie wynikało. Jak zwykle w Jeleniej Górze. A moja postać nazywała się Reżyser...Potrafi los zakpić z człowieka, oj potrafi. Grałem zupełnie pijanego reżysera, ze swoimi pijanymi aktorami, szlajającego się po dworcach wielkiej Moskwy. Postać marzyła o wielkości swojej i teatru, który chciała robić. Ale był tylko alkohol i cierpienie z powodu totalnego niespełnienia. W finale, jakby na otarcie łez, troszkę trudno było w to uwierzyć, Reżyser odnosi sukces. Udaje mu się. Ale tak się dzieje tylko w teatrze i w kinie. W życiu jest więcej komplikacji. Ta postać, to nie było nic wielkiego. Parę scenek zaledwie. Ale podszedłem do roboty zawodowo i rola była nawet udana. Ale bez wiary i polotu. Niby zabawnie, wszyscy śmiali się z pijanego reżysera, tylko w środku było gorzko. Bardzo. Spektakl był nawet udany, ale zupełnie wtórny. Może gdyby Słbodzianek napisał go dziesięć lat wcześniej, coś by mógł znaczyć i o czymś mówić. W 2003 roku już to wszystko wiedzieliśmy. Zaraz po premierze zaczęły się próby do Testosteronu. Małgorzata Bogajewska  to robiła. Do czerwca powstało kilka scen, robota szła tak jakoś niemrawo. Nie mogłem się zupełnie w to wciągnąć. Wszystko miało się zacząć, cała jazda, po wakacjach. To była moja trzecia robota z kobietą reżyserem. Dwie poprzednie „współprace” kończyły się wspaniałymi porażkami. A jak było tym razem? To już w następnym odcinku.

13:09, cinekk1
Link Komentarze (3) »
niedziela, 20 stycznia 2008
Nie dla psa kiełbasa.

     Myśl, by zdawać na Reżyserię Dramatu do Krakowa pojawiła się u mnie tuż po premierze Szelmostw Skapena. Nie wiem, co mi przyszło do tego durnego łba. Teraz myślę, że to było straszne zuchwalstwo, jakiś dziwnie desperacki krok, który miał straszne skutki. Przygotowałem się do tego zdawania nadzwyczaj porządnie. Większość rzeczy w życiu staram się robić porządnie. Zdawanie na reżyserię stało się priorytetem i wszystko było podporządkowane tylko temu. Moja kariera teatralna przebiegała dość gładko. Po czterech sezonach w Ateneum byłem już pewien, że będę aktorem, że lubię grać, że mogę z tego żyć. Kolejne cztery sezony w Norwidzie, to zdobywanie doświadczenia dramatycznego, to poprzeczka ustawiona wysoko, którą przeskakiwałem z dużym zapasem. I było świetnie. Myślałem, że naturalnym stanem aktora, jest myśl o reżyserii. Pinokio zrobiony sezon wcześniej dał mi pewność, że mogę na scenie zrobić coś więcej niż tylko rola. Myślałem, że naturalny rozwój polega właśnie na tym, że przechodzi się z odpowiedzialności za rolę, do odpowiedzialności za całość, za spektakl. Będąc trybikiem, podwykonawcą jedynie, nie mogłem czuć całości. Strasznie mnie to bolało. Mamy teatr reżyserski i to tylko reżyser odpowiada za całość. Chciałem takiego awansu. Chciałem przejść do tego wyższego stopnia. Chciałem być reżyserem- „niewidzialnym sprawcą wszystkich zdarzeń”. Ale żeby to zrobić, trzeba zostać dyplomowanym absolwentem Wydziału Reżyserii Dramatu. I tu pojawił się problem. To nie było łatwe. Zdać egzamin do tak prestiżowej szkoły nie mogło być jak bułeczka z masełkiem. No... właśnie. Przygotować musiałem Egzemplarz Reżyserski, coś, co obok tekstu daje wszystkie uwagi na temat sytuacji scenicznych, relacji między postaciami i wszystkimi rzeczami, które z tego wynikają. Początek, to dwadzieścia stron omówienia a potem tekst sztuki ze szczegółowymi opisami. Wybrałem „ Na dnie” Maksyma Gorkiego. Sztuka duża, moje opracowanie dość spore, wszystkiego razem jakieś 120 stron. Zdawało zwykle 50 osób. Kandydaci składali teksty i po kilku tygodniach komisja zapraszała na egzamin około 20 szczęśliwców. Z tej dwudziestki przyjmowano na dany rok jakieś dwie lub trzy. Mój tekst przeszedł pomyślnie wstępną selekcję i pojechałem na egzamin. I już. Było kilka etapów, miały trwać tydzień, ale ja poległem na pierwszym. Rozmowa trwała jakieś pół godziny. Teraz, po latach, myślę, że wielkich szans nie miałem. To była najważniejsza rozmowa, jaką do tej pory w życiu miałem i wypadła najgorzej jak mogła. Komisja, to było około piętnastu profesorów z krakowskiej szkoły. Wszyscy groźni, źli, bardzo napastliwi. Maglowali mnie ostro a jednocześnie jakby się ze mnie śmiejąc. Zupełnie nie złapali, o co szło w moim pomyśle na sztukę, wydawało mi się, że mają to kompletnie w nosie. Miałem za to wrażenie, że nie traktuję mnie serio. Nie byłem dla nich partnerem do rozmowy. Byłem jakimś kandydatem na studenta, z którego oni, łaskawcy, mogą zrobić reżysera. To, co wiedziałem o teatrze zupełnie nie miało znaczenia, nawet dano mi do zrozumienia, że to tylko niepotrzebny balast. To oni byli od tego, by mnie teatru nauczyć. Ale nauczyć nie chcieli. To bardzo przykre. Włożyłem w przygotowanie do tego spotkania wiele wysiłku. Powtórzyłem historię teatru od Wielkiej Reformy, przygotowywałem się do testu z języka, przeczytałem sporo literatury. I wszystko na nic. Ale to nie było najbardziej bolesne. Najgorsza była świadomość, że jakieś drzwi pozostaną dla mnie zamknięte, że ta moja ścieżka rozwoju zatrzymała się. Że nie chcą mnie tam. Był świat, do którego nie wejdę, nie zostanę wpuszczony. Że jestem za słaby, za głupi. Że za wysokie progi. To było bardzo bolesne. Wcześniej w życiu prawie wszystko mi się udawało, a porażki nie były zbyt bolesne. Tym razem bolało jak cholera. Coś się zachwiało we mnie. Kilka miesięcy nie mogłem dojść do siebie. Teraz myślę, że już w ogóle nie doszedłem do siebie. Została zadra w sercu do dzisiaj. Już nie byłem wesołym, beztroskim Cinkiem. Po kilku miesiącach doszedłem do wniosku, że trzeba to wszystko sprawdzić. Jakoś zweryfikować. Jak? Tylko próbując jeszcze raz. Szaleństwo? Być może. Ale wtedy wydawało mi się, że to jedyna rozsądna decyzja. Odpocząć i przygotować się do następnego starcia. A sezon szedł swoim torem. We wrześniu premiera Kordiana w reżyserii Hanuszkiewicza. Okropność. Koszmar jakiś. Grałem tam zupełny ogon, bez jednego słowa, takie statystowanie. Jedyna ciekawa historia, która przydarzyła się podczas robienia tego dzieła, to sposób w jaki Przemek Pankowski dostał do grania tego Kordiana. Wielki Mistrz wybrał się do Jeleniej Góry bez odtwórcy głównej roli, nikogo z nas małych ludzi, nawet pod uwagę nie miał zamiaru brać, i miał kłopot, bo próby rozpoczęte a tu bohatera nie ma. I przyszedł student PWST w Krakowie, właśnie Przemek, który miał wakacje właśnie, i zapytał wielkiego twórcy, czy może przychodzić i oglądać próby, skoro już jest w Jeleniej, bo jeszcze prywatnie pochodzi stąd właśnie. Hanyszkiewicz kazał mu wejść na scenę, zapytał z którego jest roku i czy robili jakiś tekst Słowackiego. Okazało się, że student jest po pierwszym roku, że robił właśnie jakiś kawałek Wieszcza i że jest bardzo fajnym chłopakiem z niskim głosem. Troszkę nosowym. Powiedział kawałek tekstu, Hanyszkiewicz wstał i szedł już za kulisy, bo było po próbie, odwrócił się i powiedział:- Grasz Kordiana. No i Przemek Pankowski zagrał Kordiana. I więcej o tej sztuce słowa nie napiszę. Potem z Rosji przyjechał Siergiej Fiedotow. Robiliśmy „Mistrza i Małgorzatę”. Grałem Behemota. Cały czas w futrze. Było gorąco, nawet bardzo. Próby z reżyserem z Rosji, to wielkie  przeżycie. Takiego wariata w życiu nie widziałem. Coś niebywałego. Zespół nikomu nigdy nie pozwolił się tak traktować. To był koszmar. Ciągnęło się to wszystko strasznie. Już wszyscy mieli dosyć. Krzyki, bluzgi, obrażanie wszystkich i każdego z osobna, to było coś normalnego. Trzy miesiące ostrej jazdy. I co? A...nic. Efekt średni. Fiedotow robił to trzeci czy czwarty raz. Pokazywał nam kasety i mówił jak mamy grać. Tragedia. Cwaniaczek i kombinator. I jeszcze prywatnie mendoza. Premiera była w maju 2002. Jedyny plus z tego całego łgarstwa, to to, że graliśmy to przez kilka ładnych sezonów ponad 80 razy. Zjechaliśmy z tym pół kraju przy pomocy różnych agencji. Artystycznie nie było w tym nic ciekawego. Całe to podłe traktowanie, nerwy i stresy nie były warte takiego wyniku. Ale tak to już bywa. Paskudny to zawód. Jednocześnie, od kilku miesięcy pracowaliśmy z nad sztuką w ramach Sceny Inicjatyw Aktorskich. Reżyserował Krzysztof Prus. „Ray Miłośny” nazywało się to coś. Niestety okazało się za trudne na naszą scenę. Tekst stylizowany na archaiczny, dziwna forma, brak intrygi i konfliktu na scenie, szare kostiumy i kilka innych rzeczy, to powody, które uwaliły tę sztukę. A szkoda, bo mogło być całkiem dobrze. I jeszcze te awantury na próbach. Konflikty o wszystko. Całe to przedsięwzięcie nie mogło się udać. Nie było szans. Pracowaliśmy z Krzyśkiem już trzeci raz. Wydawało się, że może być całkiem dobrze. Ale nie było. Wszyscy się ostro posprzeczali i nie podawali sobie ręki przez długi czas. Zagraliśmy w końcu w maju 2002. I potem jeszcze, w następnym sezonie. Razem zebrało by się może  ze dwanaście spektakli.  Sezon był bardzo pracowity. Roboty było aż za dużo. I pisałem nowy egzemplarz, na następny egzamin, na następną próbę... Dużo czytałem, dużo pisałem i liczyłem... no... właśnie... na co? Już niebawem, we wrześniu miałem się paru rzeczy dowiedzieć. O sobie i o innych. Właśnie...

23:02, cinekk1
Link Komentarze (13) »
sobota, 12 stycznia 2008
Woskowa figura i końskie mięso z psa.
    

Koniec sezonu 1999-2000 zaowocował częstymi wizytami młodych reżyserów. Pani dyrektor miała wizję uzdrowienia teatru wykorzystując do tego młodych twórców. Po Krakowie i Warszawie. Młodzi, ambitni, spragnieni sukcesu... Tak, to mogło zadziałać. Tylko doświadczenia nie mieli. Pojawiło się ich kilku, oglądali zespół, cmokali, kręcili głowami, oglądali scenę i zaplecze, przesiadywali w dyrekcji na rozmowach. I ostatecznie zostało ich do pracy pięcioro. Na pierwszy ogień poszły Szelmostwa Skapena. Bardzo fajna sztuka Moliera, niestety robiliśmy wersję lekko uwspółcześnioną przez jakiegoś faceta, nazwiska już nie pamiętam. Przerobił on tłumaczenie Boya na jakiś niby język współczesny, niby z epoki, było to dziwne trochę i brzmiało tak sobie. Reżyserowała Aldona Figua. Studentka krakowskiej szkoły, miał to być jej dyplom. Zaczęliśmy pracę w czerwcu, tuż przed końcem sezonu. Szło nawet nieźle. Były pewne tarcia, normalna sprawa. Nie podobała nam się ta nowa wersja. Kilku kolegów stawiało się trochę. Każdy chciał pokazać młodej reżyserce, że niewiele umie i że ma do czynienia z tuzami teatru. Tuzami z Jeleniej Góry. Aldona była kiepsko przygotowana i jakoś dała się nabrać na te aktorskie wybiegi. Ale tylko do czasu. Po wakacjach ruszyła do pracy z prawie gotową inscenizacją, dużą energią i  silnym przekonaniem co do swoich reżyserskich racji. I to mi się bardzo podobało. Niestety tylko to. Miałem swoje zdanie na temat Moliera i grania w klasycznym kostiumie. Tak bywa. Po kilku tygodniach energia pracy opadła, pojawiły się trudności i spektakl zaczął lekko więdnąć. Kryzys przyszedł na jakieś dwa tygodnie  przed premierą. Aldona pogubiła się zupełnie. I tu przyszła z odsieczą Pani Dyrektor.  Zaczęła poprawiać spektakl scena po scenie. Wyczyściła intencje, lekko zmieniła sytuacje, troszkę podkręciła tempo i jakoś wszystko nabrało rumieńców. A studentka reżyserii siedziała na widowni nie odzywając się słowem. Zespół lekko się uspokoił, bo opieka Pani Dyrektor gwarantowała, że spektakl urodzi się wreszcie i że jakiejś spektakularnej wpadki nie będzie. Byliśmy źli na Aldonę, bo podejrzewaliśmy, że chodzi do Dyrekcji na skargę i powtarza to co mówimy na próbach. Nie wiem czy tak było w istocie, ale miała u zespołu solidną krechę. Premiera odbyła się planowo. Szczególnych owacji i zachwytów nie było. Spektakl był poprawny. Z Krakowa przyjechał profesor i młoda reżyserka dostała piątkę. Na bankiecie po premierze dowiedziałem się, że podobałem mu się najbardziej. Było mi miło, ale jak zwykle nic z tego nie wynikło. Bo cóż miało wyniknąć? Pierwsza praca pod kierunkiem młodych, zdolnych i mających odmienić oblicze teatru, tego teatru, była za mną. Byłem lekko zawiedziony. Żadnej rewolucji, żadnej wielkiej przemiany nie zobaczyłem. Takie to letnie było. Aldona Figura jako osoba wrażliwa, delikatna i zdeterminowana zarazem, bardzo mi się podobała. I ta jej pracowitość mnie przekonywała. Ale wiedziałem, że jeszcze ma przed sobą sporo pracy. I że nie zmieni całego mojego pojęcia o teatrze. A Pani Dyrektor przekonywała kilka miesięcy wcześniej, że ci młodzi „odmienią wszystko”. Za chwilkę przyszły próby do sztuki „Historia miłosiernej, czyli testament psa”. Sztuka brazylijska, reżyser z Warszawy. Tomasz Konina.( Obecnie dyrektor w Opolu. Napisałem nawet ostatnio do niego. Nie odpisuje. Udaje, że mnie nie pamięta. Miło.) Niestety podczas realizacji zdarzyło się kilka dziwnych rzeczy. Atmosfera stała się bardzo napięta i głośno, na moment, się stało o Teatrze Jeleniogórskim w całym kraju. A było to tak, że Konina dodał do tekstu „kanonicznego” całą masę fragmentów z innych autorów. Ale to jeszcze nic takiego, bo afera z premierą, jej przesunięcie, zmiany w inscenizacji i powrót do tekstu pierwotnego, zbiegła się ze zmiana dyrekcji. Miasto nie przedłużyło umowy z Aliną Obidniak i powołało na p.o. dyrektora Bogdana Naukę.  W styczniu 2001 wybuchła afera, bo pani Alina straszne się zezłościła na to co zrobił Konina z jej ukochaną sztuką. Interweniowała tłumaczka tekstu, wmieszał się ZAIKS i awantura była straszna. Ostatecznie Konina wycofał się ze swojej koncepcji i wywalił teksty, które wcześniej wstawił. W lutym zagraliśmy. Sztuka wyszła bardzo dobrze. Fajny pierwszy akt, drugi trochę słabszy. Niezła muzyka, inscenizacja z paroma dobrymi rozwiązaniami. Lubiłem to grać. Za jakiś czas sprawa przycichła i jak zwykle nic z niej nie wynikło. Jak to w Jeleniej Górze. Zaraz potem Przyjechał Jan Szurmiej i zrobiliśmy Tomka Sawyera. Szurmiej robił to czwarty raz i robota szła szybko. Wiadomo zawodowiec i specjalista od sztuk z piosenkami. Nic wielkiego z tego nie powstało, ale dzieciarnia bawiła się świetnie. I o to chodziło. Jedynym mankamentem była ilość zagranych spektakli. Przez trzy sezony grania było jakieś trzydzieści parę razy, a powinno być ponad sto. Ale tak to już w tym teatrze jest. W innych można więcej, w tym mniej. No właśnie. W tym bardzo ciekawym sezonie swoje premiery dali jeszcze inni młodzi reżyserzy oprócz Figury i Koniny. Jednak mnie dane było pracować z ta dwójką. Inne premiery były podobne. Nie fatalne, ale nie wystające też ponad przeciętność. W sumie to nie był zły sezon. Czułem się jednak lekko zawiedziony. Myślałem, że będzie znacznie lepiej, że otworzy się przede mną jakiś nowy wymiar, jakieś nowe teatralne światy zobaczę. Jedyną ważną rzeczą, która się ze mną stała, to ta, że zakiełkowała we nie myśl, by zdawać do Krakowa na Reżyserię. Myślałem o tym coraz śmielej. Co z tego wynikło, opowiem następnym razem.

15:05, cinekk1
Link Komentarze (1) »
czwartek, 20 grudnia 2007
Far Niente.

Trzeci sezon w Norwidzie. Jeszcze pod koniec poprzedniego sezonu zaczęliśmy pracę nad Far Niente. Miał być Bogusław Schaefer i był. Ale nie któryś z jego scenariuszy czy kwartetów, ale nowa sztuka, nigdzie wcześniej nie wystawiana. Sztuka to dziwna, w dwunastu scenach, o urzędnikach. Pracowaliśmy nad tym długo. Zmieniliśmy po drodze aktorkę, jedna się nie nadawała, druga zagrała lepiej, ale spektakl nie zrobił furory. Nie przez aktorkę. Nie miał na to szans. Tak ogólnie. Mimo wszystko wspominam tę robotę bardzo dobrze. To był najprecyzyjniejszy spektakl, jaki kiedykolwiek grałem. Krzysztof Prus, który to reżyserował, zegarmistrz w robocie, ustawił ten spektakl tak precyzyjnie, że aż za precyzyjnie. Było w tym oczywiście szaleństwo i dziwność, sen, fantazja i elementy tajemnicze, ale taż niezwykła dyscyplina, pewien specjalny rytm. Pamiętam jak pracowaliśmy nad każdym gestem, każdym zdaniem. To była strasznie ciężka praca. Prób ponad 80. W tyle prób postawiliśmy Dziady z Mrówczyńskim. Ale efekt był świetny. Spektakl chodził jak w zegarku. Ale nie udało się odnieść sukcesu. Graliśmy niewiele. Publiczność reagowała różnie. Rok po premierze pojechaliśmy na Scheferiadę do Słupska. Tam zrobiliśmy furorę. Oczywiście nic z tego nie wynikło, bo w Teatrze Jeleniogórskim, nigdy z takich sytuacji nic nie wynika. Tak to było. To była bardzo solidna robota, która nauczyła mnie bardzo wiele. Precyzja, dyscyplina, granie w specjalnym, wewnętrznym rytmie, a czasem pod prąd wewnętrznego czucia. To było coś. Takiej pracy nie doświadczyłem nigdy później. Oczywiście był w tym pewien mankament. Nie można było nijak w tym poszaleć, nijak pograć. Nie dawało to Far Niente takiej aktorskiej satysfakcji, takiej wprost. Całe zadowolenie przychodziło później. Jako refleksja. Trzeba było pewnej dojrzałości, by to odnaleźć i poczuć. Mnie trochę tej dojrzałości wtedy jeszcze brakowało. Pamiętam, jak upiłem się po premierze i miałem żal do Krzyśka, że spektakl nie jest tak atrakcyjny, że się nie podoba tak bardzo jak się spodziewałem. Tak sie narobiliśmy, a efekt mizerny. Strasznie to było dziecinne. Ale tak to było. Tak to wtedy pojmowałem.  Po latach nawet próbowaliśmy tę rozmowę dokończyć. Ale to już nie miało specjalnie znaczenia. Spektakl był dobry, ale furory nie zrobił. I tyle. Następną produkcją, w której zagrałem byli Bracia Karamazow. Reżyserował Viktor Terelia. Ukrainiec mieszkający w Rosji, aktor i typowy przedstawiciel „ruskiej szkoły”. To było dopiero przeżycie, spotkać takiego artystę jak Terelia. Płakał na próbach oglądając swoje dzieło. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem. W spektaklu brał udział cały zespół. Przez trzy miesiące uczyliśmy się prawosławnych śpiewów, nawet to nieźle wyszło. Wszystko odbywało się na scenie zamienionej w wielką cerkiew. Były kadzidła, czytanie półgłosem, przez cały czas, Pisma Świętego. Publiczność też siedziała na scenie. Misterim. Grałem Aloszę. Rola niewielka. Ale narobiłem się przy tym strasznie. Koledzy gadali ogromne monologi, a ja jedynie słuchałem. I tego słuchania właśnie się wtedy nauczyłem. Terelia mnie strasznie męczył, chciał, żebym autentycznie słuchał i niczego nie udawał. Nie było to łatwe. Ale nauczyłem się wtedy pięknie i szczerze słuchać partnera na scenie. To był coś . A sam spektakl był bardzo skromny w formie. Taka inscenizacja na dwa krzesełka. Niestety nie wyszło to za dobrze. Jakieś to było za maleńkie. Niby emocje były, ale jakoś tak to graliśmy dziwnie. Tak po rusku trochę. Część widowni nie kupowała tego zupełnie. I fabularnie nie byli to Bracia Karamazow, tylko sceny z... Jeśli ktoś nie znał dzieła Dostojewskiego, nie miał zupełnie szansy złapać o co chodzi. I niestety tak to było. Większość widzów książki nie czytała, a my mieliśmy zagwozdkę, co z tym zrobić. Jak to grać właściwie? Spektakli poszło niewiele. Był też kłopot z budowaniem tej cerkwi na scenie. Ale słuchałem ładnie. To jedno zostało. No i miałem okazję pierwszy raz w życiu pracować z reżyserem ze wschodu. To było coś. Ruska Szkoła. Kolejną sztuką w sezonie 1999-2000 był Pinokio. Mrówczyński poprosił mnie o przygotowane tego spektaklu. Pinokia grałem dwieście razy jeszcze w Ateneum i pomyślałem, że dam radę, że to się może udać. Usiadłem nad tekstem, zrobiłem adaptację, rozrysowałem sceny na papierze, dopisałem postać narratora i pokazałem dyrekcji. Był problem z lalką Pinokia, bo scenograf zrobił coś, czego zupełnie nie kupiłem. I trzeba było zrobić lalkę na wzór tej z Ateneum. Oczywiśćie były problemy z uzyskaniem zgody na kopię projektu, ale w końcu udało się jakoś. Nawet nieźle się pracowało z kolegami, nikt nie robił większych problemów. Były pewne tarcia, ale nie dotyczyły mojej wizji spektaklu, tylko spraw związanych z oprawą muzyczną, którą robił jeden z kolegów. Udało się w końcu dobrnąć do mety i w marcu 2000 roku daliśmy premierę. Grałem postać tytułową, a właściwie prowadziłem przez większość spektaklu lalkę głównego bohatera. I już. Zagraliśmy to potem ponad 60 razy, przez jakieś cztery sezony, sporo na wyjazdach. Wspominam to bardzo przyjemnie. Moja pierwsza reżyseria. I ostatnia zarazem. Ale wtedy tego nie wiedziałem. Byłem strasznie zmęczony ale i szczęśliwy zarazem. Mój artystyczny rozwój szedł znakomicie. Z sezonu na sezon robiłem ciekawsze i mądrzejsze rzeczy. Tak mi się wtedy wydawało. To był mój siódmy sezon na scenie. Nie byłem już debiutantem. Troszkę okrzepłem, grałem 120 spektakli rocznie, dużo próbowałem, miałem swoje miejsce w zespole, dogadywałem się z ludźmi, publiczność mnie kupowała. Nie było źle. Na koniec tego bardzo pracowitego sezonu zrobiliśmy jeszcze jedną sztukę. Operę Żebraczą Havla. Reżysrował Andrej Krob. Czeski reżyser, podobno specjalista od Havla. Niestety nastał zły okres w teatrze. Już podczas prób do Pinokia zaczęło się małe pronuncjamento. Mrówczyński tracił poparcie w zespole i w mieście. Powoli wylatywał. Zespól miał go dosyć i zaczęło się wywalanie dyrektora. Na ostro. Próby do Havla szły kiepsko i wyszedł z tego straszny zakalec. Kompletna klapa. Szkoda nawet o tym wspominać. Zupełnie nieudana robota. Zagraliśmy jakiś siedem czy osiem razy i sztuka poszła do magazynu. Nic się z tym nie dało zrobić. Pod koniec sezonu nie mieliśmy już dyrektora. Miasto po jakimś czasie powołało Alinę Obidniak. Jak się potem okazało na dziesięć miesięcy. Pani Alina miała sporo ciekawych pomysłów, które miał się objawić w następnym sezonie. Pojawili się bardzo młodzi reżyserzy, którzy mieli odmienić oblicze teatru, tego teatru. A co z tego wynikło, dla mnie, no i dla teatru, tego dowiecie się niebawem.

17:49, cinekk1
Link Komentarze (3) »
niedziela, 02 grudnia 2007
Powrót?
Od roku nic tu nie napisałem. Zostało osiem sezonów w Norwidzie. Kawałek życia. Korci mnie, żeby skrobnąć parę słów, bo sporo się wtedy działo. Miałem nic tu już nie pisać. Ale korci. Sam nie wiem... Skończyłem pracę w Saturnie. Mieszkam we Wrocławiu od czterech miesięcy. Postanowiłem jednak znaleźć coś do roboty w zawodzie. Jako handlowiec sprawdziłem się średnio. Skakanie po scenie idzie mi znacznie lepiej. Zabawne było to, że na koniec dyrekcja Saturna zaproponowała mi awans i znacznie lepsze wynagrodzenie. Żeby mnie zatrzymać. Po trzech miesiącach zobaczono we mnie solidnego, pracowitego i uczciwego człowieka. Chciano wykorzystać moje talenty edukacyjne i łatwość nawiązywania kontaktu. Miałem zostać szkoleniowcem, bo rotacja w załodze spora. Śmieszne, że przez tyle lat pracy w teatrach nikt jakoś tych moich cech nie dostrzegał. To wszystko nie miało zupełnie znaczenia. Smutne. Nie zostałem szkoleniowcem, zakończyłem przygodę z Saturnem. Mam nadzieję, że uda mi się wleźć znowu na scenę. Ciągnie wilka...
środa, 25 kwietnia 2007
Trzeba kończyć.
Kończę pracę w Norwidzie. Jestem tu dziesięć lat. I wystarczy. Nie mam tu już nic do roboty. Więcej się nie da. Trzeba kończyć. Jeszcze wyjazd do Niemiec na kilka tygodni i już. Nie znalazłem pracy w żadnym innym teatrze, nie chcą mnie nigdzie. To chyba jakiś znak. Będę robił w życu coś innego. Jeszcze nie wiem co, ale coś wymyślę. To smutne, ale przez 15 lat nie wyrobiłem sobie nazwiska ani żadnej artystycznej marki. Napisałem do 33 teatrów ...i nic. Smutne trochę, ale trudno. Zamykam tego bloga. Nic więcej się tu nie pojawi. Życzę wszystkim szczęścia i zdrowia. Pa. 
21:10, cinekk1
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2 , 3